„Sprawiedliwość owiec” brzmi jak żart, ale całkiem sprytnie wykorzystuje ten absurdalny punkt wyjścia. Mamy pasterza, który czyta swoim owcom kryminały, przekonany, że robi to wyłącznie dla siebie. Problem w tym, że owce nie tylko rozumieją każde słowo, ale traktują te historie śmiertelnie poważnie. Analizują, dyskutują i budują własne teorie.
Kiedy George ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, dla nich sprawa jest jasna. To morderstwo i trzeba je rozwiązać. Lokalna policja nie daje większych nadziei, więc śledztwo trafia w ręce... stada. I tu film zaczyna się naprawdę bawić konwencją, zestawiając schematy klasycznego kryminału z perspektywą bohaterów, którzy znają świat wyłącznie z opowieści.
Najciekawsze jest to, że pod lekką, momentami wręcz komiczną formą kryje się coś więcej. Zderzenie „książkowej logiki” z rzeczywistością szybko pokazuje, że prawda nie zawsze układa się tak elegancko jak w powieściach. Jako widz możesz wejść w to dla samego pomysłu, ale zostajesz trochę dłużej, bo film zaczyna zadawać pytania o to, jak bardzo nasze wyobrażenia o świecie rozmijają się z tym, jak on naprawdę działa.